Księdzu Twardowskiemu

Tak minęliśmy się dziwnie

na tym świecie , księże Janie,

że ja tu – ty wprost przeciwnie:

nie udało się spotkanie.

Wiatr poszarpał kartki wierszy,

w cichym sadzie wieczór zasnął,

przeszliśmy : ty szedłeś pierwszy,

ja wciąż drepczę smugą jasną.

Bóg otwierał swoje okna,

w aureole stroił łąki

i spływała łza stokrotna,

ciepły Janie od biedronki.

Koniec – kłamczuch drzwiami trzasnął,

zeszyt w kratkę się zabrudził,

stary ksiądz z brewiarzem zasnął.

Jak tu zdążyć kochać ludzi?

Jak tu zdążyć spotkać, dotknąć,

porozmawiać o zachwycie?

Miłość dali nam ulotną

i zdziwione sobą życie.

Aż Ten, Który Wiersze Czyta

złoży słowa nie do pary,

te ostatnie i te pierwsze

na zielonej trawie wiary.

Na zielonych mchach wymości

łaską swych usprawiedliwień

nasze rymy i miłości-

tak szczęśliwe-nieszczęśliwe.

I spotkamy się zdziwieni

na niebieskich kośnych łąkach-

za łzę jedną odkupieni:

ty , ja , uśmiech i biedronka.

Zamiast

Zamiast pewności – tajemnica;

modlitwy ledwie blady uśmiech,

ziarenko wiary jak gorczyca,

anioł, co skrzydłem w przejściu muśnie.

Ciepło w milczeniu danej dłoni,

niepokój niedopowiedzenia.

List, co Cię przed rozpaczą broni,

bo zamiast nieba , szorstka ziemia.

I zamiast mnie, i zamiast Ciebie,

z nici pajęczej los utkany.

We włosach zagubiony grzebień.

I mgła poranna. I kasztany.

I nie poezja: ledwie strofy.

Zamiast wieczności polny kamień.

Zafrasowany zięby profil

daj , Boże. Amen.

Wszystko

Wszystko, co dotąd się zdarzyło:

łut szczęścia , srogi dopust losu,

to, co słabością mą i siłą,

i moją drogą wśród kosmosu,

dzieciństwa różowawy obłok,

młodość jak rana, wiek dorosły,

czas, gdy się wiodło i nie wiodło,

wszystkie jesienie, zimy, wiosny,

wszystkie zachwyty i rozpacze,

wzloty, upadki i nadzieje,

to za czym tęsknię, za czym płaczę,

i to , co sprawia, że się śmieję,

ranki, wieczory, mgliste zmierzchy,

kwiaty w ogrodzie, grzyby w lesie,

sarny, co z duktów cicho pierzchły,

echo, co się po górach niesie…

wszystko to zdarzyć się musiało,

wszystko to tak musiało być,

żeby przez chwilę tak się chciało,

tak bardzo się zachciało ŻYĆ.

Ważka

Pani Teresie Stolarczyk

Zielona ważka-

nieważka

losu igraszka.

Komar straceniec:

pragnienie

w najwyższej cenie.

Ryża biedronka…

bzy w pąkach,

drga łąka.

Bycie motylem

trwa chwilę -

tylko – aż! tyle.

A my tu tacy

wciąż w pracy -

czasomaniacy.

Choć wiek żyjemy,

biegniemy .

Dokąd? Nie wiemy.

Ciągle spragnieni

wcieleni

pogromcy ziemi.

Stój! Popatrz w słońce -

na łące

żab koncert.

Nim pryśnie życie

w zachwycie

chwyć

pajęczą nić!

Tomasz

Są rzeczy, których pragnę wciąż bardziej niż nieba.

I to, czego nie widzę – choć wytężam wiarę.

I zwątpienie – a przecież nadziei potrzeba.

I dzień niczym głaz ciężki – dzień, co miał być darem.

Zbawienie? To za mało . Proszę Cię o więcej:

mój krok każdy, łza, oddech do Ciebie należy,

lecz to Ty w moje rany zanurz swoje ręce,

bym mogła nareszcie uwierzyć.

* * * (Daj mi zbieszczadnieć . . .)

Daj mi zbieszczadnieć aż do szpiku kości:

z cerkwią jak brosza w góry wpiętą,

z mgłą , co się wśród połonin mości,

z tęczą w łuk zgiętą.

Wybiec z wilgotnych buków w świerszczy koncert,

w nadzieję, co świt każdy budzi.

Wśród żab skaczących po podmokłej łące

i dobrych ludzi.

I ścieżką stromą pobiec w stronę słońca,

a gdy je rudziejący zmrok pokona,

w czułą noc chcę się wtulić – tężejąca

w Twoich ramionach.

Tamaryszki

Znów zakwitły tamaryszki, Kochany,

taka wiosna, że aż dech zapiera!

Białym deszczem sypnęły kasztany,

a przed zmierzchem na burzę się zbiera.

Idę pustą parkową aleją,

ozonowo pachnie cisza wokół,

błyskawicą poraża nadzieja,

łaska deszczem spłynęła z obłoków.

Więc to musisz być Ty i nikt inny!

Nikt mi wiosną rady nie da przecież!

Twoje imię wyśpiewują rynny,

mój Jedyny, Najwiośniejszy w świecie!

Statystyka

Co setny los lotto wygrywa.

Z dwóch małżeństw rozpada się jedno.

Przez pięć minut dziennie szczęśliwa

jest każda kobieta – tak średnio.

Wśród mułów co czwarty to samiec.

Dwa procent to ciąże bliźniacze.

Trzy piąte facetów wciąż kłamie.

Co mikrosekundę ktoś płacze.

Przeważnie biedronki nie słychać,

a indyk się – zwykle – indyczy…

Macocho statystyko, cóż warta twa pycha

przy wierze jak ziarnko gorczycy?

Ikonostas

Ikonostas u Świętego Stefana

pełen świętych pozbawionych twarzy:

Matka Boska wprost nie do poznania-

w-niebo-jakby-wzięta słodko marzy.

Jerzy trzyma zabitego smoka,

choć ma usta tylko do połowy

i choć jasne oczy już w obłokach.

U Krzysztofa tylko zarys głowy.

Ledwie można poznać Gabryjela,

bo bez skrzydeł archanielskich został.

Juda- niemy - swoich łask udziela.

U Andrzeja zamiast oczu – troska.

W migotliwym blasku cienkiej świeczki,

wśród aniołów bezimiennych pieśni

idą hen do nieba jak owieczki –

okradzeni z siebie – tak współcześni.

Serce

Serce – dwukomorowe,

lecz jednoosobowe,

z przedsionkiem : „wejdź do środka”,

samotne jak sierotka,

serce na przestrzał otwarte,

tylko zawału warte,

serce z napisem „zajęte”,

serce wnieboniewzięte,

serce w skowronkach całe,

a czasem obolałe,

bruzdami smuteczków zryte,

serce wezbrane zachwytem…

Ty mi tylko nic nie kombinuj, że niby Ci się nie opłaca.

Kochaj.

To twoja praca.

Salomon

A przecież trzeba rano wstać,

uśmiechnąć się do dziecka,

ptakom ziaren nasypać,

stawić czoła pogodzie pod psem,

zadzwonić do hydraulika,

poradzić pani , która „już nie wie co robić”,

kupić makaron,

wypełnić po brzegi naczynie dnia…

I jak ja to mam wszystko nalać

z pustego serca –

Salomon z Bożej łaski !

Pardon! Miłość

Przy wejściu w wiek, powiedzmy, średni,

wplątała nam się w dróg zawiłość,

niemodnie, głupio i bezwiednie

tak zwana niegdyś – pardon! – „miłość”.

Do planów nam pasuje marnie,

wdziera się z huraganu siłą,

niosąc bezsenność i męczarnie.

Więc trudno ją polubić było.

Jest niepraktyczna, niebogata

i w gardle czasem staje ością,

a czasem struga z nas wariata –

skaranie boże z tą miłością!

Lecz bywa, gdy mi w duszy ciemno –

w przejściu przyjaźnie muśnie dłoń,

czule pochyli się nade mną…

Ta nasza miłość – o! pardon!

Naleśniki

Usmażę Ci naleśniki.

Takie złociste.

Z serem.

Głodują dzieci Afryki…

Chcesz jutro pojeździć rowerem?

I u nas też żyć dziś nie łatwo :

ten kryzys – frank idzie w górę…

I przyszedł rachunek za światło.

Jaś ma urodziny? Które?

No, może pościelisz to łóżko!?

Tak, jutro to przyjdę o czwartej.

A może Ci obrać jabłuszko?

No, popatrz – te bzy nic nie warte!

To teraz chcesz zostać piłkarzem?

I grać takie mecze sprzedane ?

No dobrze, masz prawo do marzeń…

Chodź, przytul się tutaj do mamy.

A kiedyś Ci się zestarzeję

i umrę.. phi! Wielka mi rzecz!

Zrobiłam Ci naleśniki – jedz!

Matka narkomana

Kiedy już wyniósł wszystko i sprzedał,

wygnałam go z domu.

Wiedziałam, że sama rady nie dam,

a pomóc nie było komu.

Gdzie on się potem tułał,

sypiał na ulicy?

Ot – nie matka – macocha nieczuła,

zakała dzielnicy!

Kradł i ćpał-

kilka razy zaćpany umierał.

Nie przychodził – widocznie się bał.

A ja bym go przecież przyjęła…

Spotkałam go niedawno przypadkiem.

Mój Boże – jak on wydoroślał!

Elegancki: koszula w kratkę…

A wokół – wiosna!

Chciałam mu się z radości rzucić na szyję,

ale – wie pani, jacy są chłopcy…

To nieważne. Najważniejsze, że żyje.

Mój syn.

Obcy.

copyright © 2017-2018 Adam Dewiński

Głupia baba

Głupia baba! Wita wiosnę

jak się wita przyjaciela.

Nuci sobie coś radośnie,

plecie warkocz co niedziela.

Głupia baba – gada z łąką,

do słowika zęby szczerzy,

a jak w górze świeci słonko,

to w swój niefart nie chce wierzyć.

Babsko pewnie sobie roi,

że ma tu szczególne względy

i zupełnie się nie boi

ośmieszenia głupiej gęby!

Ot! Wariatka z Mokotowa!

Zdziwaczała przez samotność!

Zasuszone płatki chowa

i z tęsknotą patrzy w okno…

Czegóż tak wygląda co dnia?

Za kim wypatruje oczy?

Serce płonie jak pochodnia

i tak trudno jej spać w nocy.

Księżyc puszcza perskie oko,

deszcz jej kołysankę śpiewa,

wiatr wtóruje lekkim krokom,

ramionami tulą drzewa.

Coś jej się splątało w głowie,

omotało coś szkaradę!

Tylko kłopot ma wciąż człowiek

jak na taką trafi babę!

Na cóż komu to dziwadło?

Nie bogata i nie słodka…

Ach, dlaczego Ci przypadło

by wariatkę taką spotkać?!

copyright © 2017-2018 Adam Dewiński

audio

🎼   Poziomka   (4:07)

🎼   Do rymu   (3:45)

🎼   Pajęczyna   (3:00)

teksty:   Hanna Woś-Dewińska

muzyka i wykonanie:   Katarzyna & Nikodem T. Jacuk

Formularz  kontaktowy




* Anti-spam question.   Proszę podać wynik?

   ×  =

E-mail: